Casio CA-53W: kalkulator na ręku, w którym Marty McFly cofał czas
Zegarek z klawiaturą kalkulatora to była w podstawówce oznaka, że ktoś ma w domu komputer. Albo bardzo chce, żeby tak myślano.
Rok 1988. Casio wypuszcza CA-53W — cyfrowy zegarek, który na dolnej połowie tarczy ma wciśniętą pełną klawiaturę ośmiocyfrowego kalkulatora. Przyciski od zera do dziewiątki, przecinek, cztery podstawowe działania. Wszystko malutkie, wszystko obsługiwane paznokciem, cierpliwością mnicha i cichą zgodą na to, że w głowie policzysz i tak szybciej.
A mimo to każdy w podstawówce chciał go mieć. Bo to nie był zegarek — to była deklaracja światopoglądowa. Kalkulator na ręku znaczył „u mnie w domu stoi komputer” albo przynajmniej „bardzo chcę, żebyście tak myśleli”. Ten drugi wariant był, powiedzmy sobie szczerze, zdecydowanie popularniejszy.
Bo umówmy się raz na zawsze: nikt nigdy nie policzył na tym niczego sensownego. Kalkulatorek na nadgarstku był dokładnie tym, czym naklejka „Turbo” na obudowie peceta — komunikatem, nie narzędziem. „Jestem człowiekiem przyszłości”, oznajmiał ten pasek klawiszy, podczas gdy jego właściciel mozolił się przez trzy minuty, żeby wklepać 12 razy 8.
I właśnie w tej roli — komunikatu z jutra — obsadził go Robert Zemeckis. Tu drobne sprostowanie, bo internet powtarza tę bzdurę od dekad: Marty McFly w pierwszym „Powrocie do przyszłości” nosił model CA-50, a nie CA-53W. Dopiero w częściach drugiej i trzeciej — tych z latającą deskorolką i wizją roku 2015 — na jego nadgarstek wskoczył nasz bohater.
I tu robi się naprawdę pięknie. Zegarek, który w filmie o podróżach w czasie miał wyglądać futurystycznie, dziś sam jest eksponatem muzealnym. Rekwizyt mający udawać jutro zestarzał się na zabytek. Pętla czasowa domknięta tak elegancko, że Zemeckis pewnie by tego lepiej nie napisał.
Technicznie to moduł 3208. Osiem cyfr, podstawowe działania i nic ponad to — bo co więcej ma robić kalkulator na ręce, całki liczyć? Przez trzy dekady Casio praktycznie go nie ruszało. Nie poprawiało, nie dokładało bajerów, o które nikt nie prosił. Leżał sobie w katalogu jak dobry, stary znajomy, o którym pamiętasz, że zawsze jest.
Aż w 2020 dorzuciło serię CA-53WF z odwróconym wyświetlaczem — jasne cyfry na ciemnym tle zamiast klasycznego odwrotnie. Drobiazg. A zmienia charakter zegarka kompletnie: z „pomocy naukowej dla szóstoklasisty” na „gadżet, który founder pokazuje ze sceny na konferencji”. Ci sami ludzie, co w podstawówce chowali go pod rękaw ze wstydu, dziś dopłacają za wersję w czerni. Życie ma poczucie humoru.
Kto nosił taki zegarek w podstawówce, ten zna tę scenę: nauczycielka na sprawdzianie z matematyki każe zdjąć go z ręki i odłożyć na katedrę. Tak, jakby tym ośmiocyfrowym cudem dało się ściągnąć dzielenie pisemne. Ironia w tym, że wklepanie działania w te mikroskopijne przyciski trwa dłużej niż rozwiązanie go w pamięci — a przy obgryzionym do żywego paznokciu i tak celujesz w dwa klawisze naraz. Do ściągania nadawał się mniej więcej tak, jak liczydło do grania w Doom.
Dziś ten sam zegarek kupuje się świadomie, za trzydzieści parę złotych, i nosi z tego samego powodu, dla którego trzyma się starą Amigę pod biurkiem. Nie dla wygody. Dla przypomnienia, że przyszłość, na którą tak czekaliśmy w tej podstawówce, była uroczo niepraktyczna — i przez to o niebo fajniejsza od tej, którą ostatecznie dostaliśmy. Kalkulator na ręku nikogo nie śledził. Liczył sobie w kółko to swoje 12 razy 8, po swojemu, i był z tego dumny.
Spróbujcie policzyć na nim cokolwiek dłuższego, a poddacie się przy trzeciej cyfrze. No właśnie. Podejrzewam, że połowa z was ma gdzieś w szufladzie taki egzemplarz, z popękanym paskiem i baterią, która padła jeszcze za poprzedniej epoki. Odkopcie ten grat. Choćby po to, żeby przypomnieć sobie, jak wygląda technologia, która niczego od was nie chce.