Casio F-91W: zegarek, który przeżyje nas wszystkich
Nowy dział na BootBlocku — INNE, czyli miejsce na moje drugie hobby: retro cyfry na nadgarstku. Na pierwszy ogień żelazny kandydat, plastikowy nieśmiertelnik za dwie dychy.
Sto milionów sztuk. Od tej liczby trzeba zacząć, bo ona kończy dyskusję, zanim się w ogóle rozkręci. Tyle egzemplarzy Casio F-91W zeszło z taśm do 2026 roku i tym samym plastikowy prostokąt za dwie dychy jest najczęściej sprzedawanym zegarkiem w historii ludzkości. Nie Rolex. Nie Swatch. Prostokąt.
Zadebiutował w czerwcu 1989, mniej więcej wtedy, gdy Commodore szykowało premierę Amigi 3000. Dwie maszyny z tego samego rozdania — obie zaprojektowane w epoce, która jeszcze wierzyła, że dobrze zrobiona rzecz nie musi się zmieniać co sezon. Jedną znają dziś wyłącznie zbieracze i faceci piszący takie felietony. Drugą ma na ręce pół planety. Śmieszne, jak te dwa losy się rozjechały.
Specyfikację da się wyrecytować na jednym oddechu i dokładnie o to chodzi. Moduł 593. Bateria CR2016, w papierach na siedem lat, a w praktyce potrafi ciągnąć znacznie dłużej — nieraz mija dekada, zanim ktokolwiek skojarzy, że to wciąż ta sama, fabryczna. Waga dwadzieścia jeden gramów, czyli tyle co nic; zapinasz i po pięciu minutach nie masz pojęcia, że coś wisi na nadgarstku.
Wodoszczelność 30 metrów, co w praktyce oznacza dokładnie tyle: „deszcz przeżyje, basen niekoniecznie”. I każdy właściciel prędzej czy później przekonuje się o tym boleśnie: skok na bombę do jeziora, para i skropliny pod szkłem oglądane potem przez trzy dni, aż wyświetlacz oddaje ducha. Historia stara jak sam moduł 593, powtórzona na tysiącach nadgarstków. Każdy wiedział, że tak się skończy. I każdy skakał.
Podświetlenie jest tragiczne — mała żaróweczka, która ledwie muska jedną trzecią tarczy i gaśnie, zanim zdążysz odczytać godzinę. Pasek pęka po dwóch latach, zawsze przy tym samym zaczepie. Alarm brzmi jak komar konający w puszce po konserwie. I — tu jest cały myk — to wszystko jest częścią uroku, a nie jego mimo woli okupioną ceną.
Bo F-91W to ten sam gatunek piękna, co Workbench 1.3. Minimum środków, maksimum charakteru, zero udawania, że jest droższy, niż jest. Nic tu nie próbuje ci niczego dosprzedać. Ten sam segmentowy font, który pamiętacie z zegarka na Pierwszą Komunię, świeci dziś na nadgarstkach nastolatków, którzy Amigi nie widzieli nawet na zdjęciu. Design tak zamknięty w sobie, że przez trzydzieści siedem lat nikt nie tknął w nim ani jednego piksela. Spróbujcie znaleźć drugi taki przypadek w całej elektronice. Ja czekam.
Jest w biografii tego zegarka rozdział mroczny i trzeba go opowiedzieć uczciwie, bo obrósł mitami grubymi jak encyklopedia. W dokumentach z Guantanamo F-91W figuruje jako „oznaka Al-Kaidy” — funkcja odliczania miała rzekomo służyć do składania zapalników. Brzmi jak ponury żart, tyle że żartem nie było; ta klasyfikacja realnie ważyła w aktach zatrzymanych.
Absurd tej tezy najcelniej rozłożyli sami zatrzymani, zwracając uwagę, że identyczny zegarek nosili kapelani w bazie. I co z tego wynika? Że jeśli dowodem na cokolwiek ma być najtańszy, najpospolitszy przedmiot na planecie, to znaczy, że dowodu nie ma żadnego — poza tym jednym, że lubisz, kiedy bateria trzyma latami. Tyle w temacie.
Ten zegarek nadaje się naraz do trzech różnych rzeczy i o to właśnie chodzi. Jeden egzemplarz spokojnie ląduje w pudełku z częściami, dawca organów na czarną godzinę. Drugi wisi na plecaku i robi za budzik, bo tego komara w puszce słychać akurat na tyle, żeby wstać. A trzeci nosisz wtedy, kiedy nie chcesz myśleć o tym, co masz na ręce — i to, uwierzcie, najwyższy komplement, jaki da się wystawić zegarkowi.
Bo F-91W nie jest do patrzenia. Jest po to, żeby po prostu był — jak dobre narzędzie, jak Amiga pod biurkiem, która nie prosi o uwagę, tylko robi swoje. Nie wzdycha do ciebie z nadgarstka, że pora podłączyć go do prądu. Nie wibruje. Pokazuje godzinę i tyle się od niego oczekuje.
Jak szukacie wejścia w retro elektronikę za cenę dwóch piw, nie ma lepszego biletu — i mówię to całkiem serio, bez ironii, na którą zwykle stać mnie w każdym zdaniu. A jak wam się znudzi (nie znudzi się), to i tak przeżyje was w tej szufladzie. To wy prędzej niż on. Stawiam, że niejeden z nas nosi swój egzemplarz od dziecka — dokładnie ten sam, co na apelu w podstawówce.