O UC-2000 myślę zawsze z tą samą mieszaniną podziwu i smutku, co o Amidze pod koniec lat 90. Genialny pomysł, który przyszedł na świat w złym momencie i został za to ukarany — bo świat karze wszystkich, którzy się spieszą. Rok 1984. Cena trzysta dolarów, czyli w dzisiejszych pieniądzach jakieś siedemset. A w pudełku rzeczy, które brzmią jak parodia konferencji o „technologii noszonej”.
Rok 1984: pierwszy Macintosh i komputer na nadgarstku
Zróbmy sobie tło. Apple pokazał właśnie pierwszego Macintosha, ludzie oglądali komputer z myszką jak ósmy cud świata, a Seiko w tym samym roku wsadzało komputer na nadgarstek. I nie mówię o „inteligentnym zegarku” w dzisiejszym, wypranym z sensu znaczeniu tego słowa. Mówię o komputerze. Z klawiaturą, interpreterem języka programowania i drukarką. Dwa lata wcześniej ta sama firma wcisnęła w kopertę działający telewizor, więc w Tokio nikt nie uznał tego pomysłu za szczególnie ekscentryczny.
Co potrafił sam zegarek
Sam zegarek był zresztą skromny i tu trzeba być uczciwym. Wyświetlacz dziesięć na cztery punkty, cztery przyciski, a na pokładzie tyle, co kot napłakał: zegar, budzik, kalkulator i dwie notatki po tysiąc znaków każda. Na samej kopercie nie dało się zaszaleć. Cała magia zaczynała się dopiero po wpięciu go w dok.
Dok UC-2100 i klawiatura do zegarka
I to jest mój ulubiony detal całej konstrukcji. Dok UC-2100: koperta zegarka wskakiwała w kwadratowe wycięcie, a dane szły między urządzeniami przez elektromagnesy. Żadnych styków. Żadnej wtyczki. Kładziesz zegarek na klawiaturze — o tak, po prostu kładziesz — i nagle masz przed sobą działający komputer. W 1984 to musiało wyglądać jak sztuczka magika, bo w gruncie rzeczy nią było.
A jak komuś było mało, dopłacał do wersji UC-2200 i dostawał drukarkę na papierze rolkowym oraz wymienne kartridże ROM. Drukarkę. Podpiętą do zestawu, którego mózgiem jest zegarek. Piszę to już trzeci raz różnymi słowami, bo sam do końca nie mogę uwierzyć, że ktoś to zbudował i sprzedawał w normalnych sklepach. Dekadę później Timex rozwiąże ten sam problem — jak wepchnąć dane do zegarka — migającym kineskopem.
Kartridże ROM: Microsoft BASIC, gry i słownik
Kartridże ROM zasługują na osobny akapit. Był wśród nich interpreter Microsoft BASIC — tak, mogłeś programować swój zegarek — a do tego gry i słownik japońsko-angielski. Pisanie programów w BASIC-u na nadgarstku, w roku, w którym większość ludzi nie dotknęła jeszcze klawiatury komputera, to poziom szaleństwa, który każdy amigowiec rozpozna instynktownie. To nie był produkt dla rynku. To był manifest inżynierów, którzy mogli, więc zrobili — a czy ktoś to kupi, obchodziło ich mniej więcej tyle, co zeszłoroczny śnieg.
Dlaczego UC-2000 poległ w dwa lata
No i dokładnie dlatego poległ. W dwa lata UC-2000 wylądował w koszu z przecenami — kompletne zestawy, zegarek plus dok, szły za jedną trzecią pierwotnej ceny. Powód był ten sam, co zawsze przy takich klęskach: wyświetlacz kiepski, pamięci jak na lekarstwo, interfejsu graficznego brak. Świat nie był gotowy, a technologia nie dowoziła obietnicy, którą sama złożyła.
Trzeba było poczekać trzydzieści lat, żeby ten sam pomysł — komputer na nadgarstku — wrócił jako Apple Watch i podbił planetę. I to jest sedno całej tej historii. Seiko miało rację. Miało ją tylko boleśnie, o całe pokolenie za wcześnie. A rację przed czasem świat rozlicza równie bezlitośnie jak zwykły błąd.
Ceny UC-2000 na aukcjach potrafią dziś przyprawić o zawrót głowy, zwłaszcza za komplet z działającym dokiem i kartridżami. Bo to już nie jest zegarek — to eksponat ze świtu komputerów noszonych, kawałek historii, który przez przypadek wciąż chodzi na baterii. O taki komplet potrafią licytować się do upadłego kolekcjonerzy z dwóch światów naraz: ci od retro komputerów i ci od starych cyfrówek na rękę. Kwoty, jakie tam padają, lepiej, żeby nie czytały ich żony licytujących. Wygrywa zawsze ten, kto chce bardziej — i trudno mieć mu to za złe. I drobna rada dla polujących: sprzedający wpisują ten model raz jako UC-2000, raz jako UC 2000, a czasem po prostu UC2000 — kto szuka tylko jednego zapisu, ten połowy ofert nigdy nie zobaczy.
Gdybym miał wskazać jeden przedmiot, który najlepiej spina moje dwie obsesje — retro komputery i retro cyfry na ręce — to byłby właśnie ten. UC-2000 jest dowodem na coś, w co wierzę głęboko i bez cienia ironii: że w tym całym hobby nie chodzi o to, co się przyjęło i dobrze sprzedało. Sukces jest nudny. Sukces ma każdy.
Chodzi o te wspaniałe, dumne klęski, które wyprzedziły swój czas i zapłaciły za to pełną cenę, co do grosza. Amiga to rozumie. UC-2000 rozumie jeszcze lepiej, bo rachunek dostał wcześniej. Sam najmocniej kocham właśnie taki sprzęt — kochany za to, że przegrał, bo to jego historii słucham najchętniej. Zwycięzców opiszą i beze mnie.