Timex Datalink: smartwatch z 1994, który dane ładował z... monitora CRT
Zanim był Bluetooth, zanim był kabelek, był monitor kineskopowy migający paskami światła prosto w tarczę zegarka. I to nie żart — to certyfikowana przez NASA technologia.
Wyobraźcie sobie tę scenę. Rok 1994, siedzisz przed wielkim, buczącym CRT-kiem, odpalasz program, a ekran nagle zaczyna migać serią poziomych, białych pasków. Jak zepsuty telewizor. Jak cracktro, które zawiesiło się w połowie. Podnosisz rękę z zegarkiem, celujesz tarczą prosto w monitor, a mały fotosensor przy wyświetlaczu łapie te błyski i przelewa do pamięci EEPROM numery telefonów, terminy, przypomnienia.
Tak działał Timex Datalink — pierwszy zegarek na świecie, który potrafił bezprzewodowo ściągnąć dane z komputera. I to bezprzewodowo w najbardziej dosłownym sensie, jaki można sobie wyobrazić: nośnikiem informacji było zwykłe, widzialne światło. Nie fale radiowe, nie podczerwień, nie kabel. Migające światło z kineskopu, wpadające zegarkowi prosto w oko.
Za projektem stał Microsoft, który w połowie lat 90. rozglądał się za odpowiedzią na raczkujące wtedy PDA. I wpadł na coś, co dziś brzmi jak dowcip: skoro nikt nie ma taniego łącza danych do zegarka, to użyjmy tego, co każdy i tak trzyma na biurku. Wielkiego, ciężkiego, buczącego monitora.
Genialne było w tym akurat to, co brzmi jak największa wada: transfer działał wyłącznie z kineskopami. LCD nie nadawał się kompletnie i nie było na to rady — potrzebna była ta specyficzna, kineskopowa zdolność do migania całymi liniami obrazu w tempie, którego płaski ekran nie ogarniał. Im starszy, bardziej bulgoczący monitor, tym lepiej. Postęp technologiczny był tu wrogiem, nie sojusznikiem.
Numer w nazwie modelu mówił wprost, ile się w nim zmieści. Datalink 50 — pięćdziesiąt numerów telefonów. Model 150 — sto pięćdziesiąt, o ile wcześniej nie zapchałeś pamięci terminarzem po brzegi. Prosto i uczciwie, bez marketingowego bełkotu. Chciałbym, żeby dzisiejsze specyfikacje były choć w połowie tak szczere co do tego, co dostaję.
A teraz część, w którą naprawdę trudno uwierzyć, więc powtórzę ją powoli. Datalink przeszedł certyfikację NASA i poleciał w kosmos. Na serio, na orbitę, na nadgarstkach astronautów i kosmonautów. Podczas pierwszej stałej załogi Międzynarodowej Stacji Kosmicznej służył do zarządzania harmonogramem łączności.
I tu mój ulubiony, absurdalny szczegół całej tej historii: okazało się, że limit pięciu alarmów bywał za mały do koordynowania operacji na orbicie. Zatrzymajcie się nad tym na moment. Ktoś tam, dwieście kilometrów nad naszymi głowami, klął pod nosem na zegarek, że ma za mało budzików — problem, o jakim przeciętny użytkownik na Ziemi mógł sobie tylko pomarzyć. W 1995 Datalink zgarnął za to wszystko nagrody „Popular Science” i „Popular Mechanics” za innowacyjność. W pełni zasłużenie.
Piękno tej historii polega na tym, jak bardzo jest amigowa w duchu. Ktoś spojrzał na ograniczenie — nie ma taniego, szybkiego łącza do zegarka — i zamiast czekać, aż świat dorobi się właściwej technologii, wziął to, co leżało pod ręką. Migający kineskop. To dokładnie ta sama energia, co przerabianie blittera do rzeczy, do których go nie stworzono, albo liczenie Dooma na procesorze karty graficznej. Rozwiązanie jest tak zwariowane, że aż eleganckie — i odwrotnie.
Największy problem z Datalinkiem jest dziś kompletnie prozaiczny — i wcale nie chodzi o cenę na aukcjach. Żeby zaprogramować go po staremu, potrzebujesz sprawnego CRT-ka, a te wyjeżdżają z domów szybciej niż stacje dyskietek i porządne kineskopy leżą już tylko u zapaleńców po piwnicach. Ironia losu w czystej postaci: zegarek certyfikowany przez NASA pokonuje kolekcjonera nie rzadkością ani ceną, tylko brakiem monitora, który dwadzieścia lat temu wystawiała na śmietnik połowa osiedla.
Jest software emulujący to miganie na LCD, są przejściówki, są sposoby. Ale to już nie to samo i doskonale o tym wiecie. Bo w tym zegarku najlepszy jest właśnie ten absurdalny rytuał — machanie ręką przed monitorem jak jakiś czarodziej, w nabożnej nadziei, że sto pięćdziesiąt numerów przepłynie przez powietrze na wiązce światła. Nikt nie musiał robić tego w ten sposób. A ktoś zrobił. I to jest cudowne.
W czasach, gdy zegarek synchronizuje się z chmurą, zanim zdejmiesz go z ładowarki, tęsknię za technologią, którą było widać gołym okiem. Za danymi, które dosłownie leciały przed nosem jako błyski światła. Działający kineskop na strychu jest dziś wart więcej, niż jego właściciele podejrzewają — i nie zdziwiłbym się, gdyby niejeden kolekcjoner Datalinka był gotów przejechać po taki monitor przez pół Polski. Bo o to w całym tym rytuale chodzi: o światło, które leci przez pokój prosto w tarczę zegarka. Absurdalny obrządek, którego nikt nie musiał wymyślać — a jednak ktoś wymyślił.