Kartridże do Steama ze złomowych SSD. Wsadzasz dysk, gra startuje
Dziesięć używanych dysków za 70 euro, drukarka 3D i jedna reguła udev — tyle wystarczyło, żeby Steam zaczął się zachowywać jak konsola z gniazdem na kartridże. Przeczytałem, nie uwierzyłem, sprawdziłem. Działa.
Jest taki gest, którego cyfrowa dystrybucja nigdy nie odtworzyła: bierzesz grę z półki, wsadzasz do slotu, sprzęt ożywa. Konsolowcy mieli kartridże, my mieliśmy stację dysków i jej klekot. Dziś jest ikonka w bibliotece Steama, jedna z trzystu. Wygodnie. I kompletnie bez duszy.
Użytkownik Reddita o ksywce Jibril-sama postanowił tę duszę przywrócić, i to metodą godną naszego podwórka: ze złomu. Kupił dziesięć używanych dysków SSD 2,5 cala po 128 GB — całość wyszła około 70 euro, czyli jakieś 7 euro za sztukę. Na każdym dysku wylądowała jedna zainstalowana gra. Do tego stacja dokująca SATA w roli gniazda kartridży i obudowy z drukarki 3D, każda z okładką gry na froncie. Efekt stoi na półce jak kolekcja SNES-owych pudełek i wygląda, jakby zawsze tam było.
Mechanika jest prosta i właśnie dlatego piękna. Wsuwasz dysk do docka — i gra się uruchamia. Sama. Bez klikania, bez szukania w bibliotece, bez launchera na launcherze.
Pod spodem siedzi Linux i klasyka gatunku: reguła udev wykrywa podpięcie dysku i odpala usługę systemd, ta szuka na dysku skryptu startowego i go wykonuje, a skrypt przez protokół URL Steama otwiera stronę gry w bibliotece albo od razu ją odpala. Żadnej magii, żadnego dodatkowego softu — składniki, które każdy linuksiarz ma w systemie od zawsze, tylko nikt ich wcześniej nie poskładał w gniazdo na kartridże.
Autor nie trzyma projektu dla siebie: pliki do druku 3D i kod poszły do sieci. Kto ma szufladę pełną wysłużonych dysków (a kto nie ma), może sobie taki system złożyć w weekend.
Trzeba tylko uczciwie powiedzieć, czym to nie jest. DRM nigdzie nie znika — gry dalej są przypięte do konta Steam, aktualizacje dalej idą przez Steama, a bez zalogowania kartridż jest ładnym pudełkiem z elektrośmieciem w środku. Sam twórca mówi wprost, że to system dla starszych tytułów, do których wraca się co jakiś czas, a nie dla sieciówek żyjących z patcha na patch. No i 128 GB — dzisiejsze molochy AAA śmieją się z takiej pojemności głośno i szyderczo.
Jest też zgrzyt czysto rynkowy: okazja, która ten projekt urodziła, właśnie się skończyła. Jibril-sama przyznaje, że przy obecnych cenach dysków powtórzenie zabawy wyjdzie wyraźnie drożej niż jego 7 euro za sztukę. Kto chce, niech poluje na giełdach i w serwisach ogłoszeniowych — trochę jak my kiedyś na dyskietki bez metki.
Pisałem wczoraj o Sony dobijającym fizyczne nośniki i o emulatorach PS5 jako polisie na przyszłość. A dziś proszę: druga strona tego samego medalu. Korporacje zamykają gry w chmurze, a jeden człowiek z drukarką 3D i regułą udev oddaje ludziom rytuał, który tamci uznali za zbędny koszt logistyki. Jest w tym coś pięknego i lekko bezczelnego jednocześnie.
Nigdy nie miałem konsoli z kartridżami, więc mój rytuał brzmiał inaczej: klekot stacji dyskietek w sześćsetce i modlitwa, żeby „disk 2” wczytał się bez Checksum Error. Gry z giełdy potrafiły mieć naklejki po trzech poprzednich właścicielach, jedna na drugiej — archeologia paznokciem. I wiecie co? Pamiętam tamte wczytywania lepiej niż niejedną grę. O to właśnie chodzi z fizycznym nośnikiem: mózg zapamiętuje dotyk, nie ikonkę.
Czy projekt Jibril-samy jest praktyczny? Nie. Wsadzanie dysku do docka jest obiektywnie wolniejsze niż dwuklik w bibliotece. Tylko że hobby nigdy nie było konkursem praktyczności — gdyby było, nikt z nas nie trzymałby na biurku CRT-a, który waży tyle co pralka. Ten projekt robi dokładnie to, co scena retro robi od dekad: bierze rzecz uznaną za przestarzałą i pokazuje, że była w niej wartość, której nikt nie umiał wycenić.
Stawiam zresztą, że to nie koniec. Skoro kod i pliki STL są publiczne, ktoś prędzej czy później dorobi do tego etykiety NFC, ktoś inny port pod Windows, a za rok na jakimś party zobaczę docka stylizowanego na Neo Geo. Sam jestem ciekaw, czy dziesięć starych SSD-ków z mojej szuflady doczeka się drugiego życia. Bo szuflada, wiadomo, jest.