A600GS, czyli najtańsza Amiga w historii. Za 130 funtów na ARM-ie
AmigaKit wypuściło A600GS — pudełko na ARM-ie, które sami nazywają najtańszą domową Amigą w historii. 129,99 funta z VAT-em, podłączasz do telewizora przez HDMI i jedziesz. Tanio. Aż podejrzanie tanio.
Bo „najtańsza Amiga w historii” to hasło, które albo cię przyciągnie, albo każe zmrużyć oczy. Mnie zrobiło jedno i drugie naraz. Za czasów świetności nowa sześćsetka potrafiła kosztować tyle, co porządna pensja — a tu AmigaKit stawia na stół urządzenie z amigowym rodowodem za mniej niż sto trzydzieści funtów.
A600GS to nie jest Amiga w sensie krzemu. To komputer klasy Amiga zbudowany na ARM-ie, czyli na tym samym typie procesora, który masz w telefonie i w dekoderze. Serce systemu to AmiBench — fork AmigaOS 4 z domieszką kodu AROS. Brzmi jak dziwna hybryda, bo nią jest, ale efekt ma być prosty: kompatybilność z AmigaOS 3.x i środowisko, które amigowiec rozpozna z zamkniętymi oczami.
Cena to 129,99 funta z podatkiem. Mysz USB dorzucają za dziesięć funtów, jeśli nie masz własnej. Obraz idzie przez HDMI prosto do telewizora — żadnego kombinowania ze scandoublerem, żadnego szukania monitora, który jeszcze łapie 15 kHz. Podłączasz do HDTV jak konsolę i po sprawie.
Najciekawszy jest zestaw softu w pudełku, bo to nie przypadkowa zbieranina. Personal Paint 7.4 — malowanie, na którym wychowała się połowa amigowych grafików. OctaMED 8 — tracker, w którym powstało tyle modułów, że nie policzysz. Final Writer 7 do pisania, Directory Opus 4 do zarządzania plikami (czyli program, bez którego część z nas nie wyobraża sobie życia). Do tego EaglePlayer oraz HippoPlayer do grania muzyki. Ktoś to dobierał z głową, a nie z generatora.
Directory Opus 4 w zestawie to dla mnie osobny powód do uśmiechu. Kto raz przesiadł się na Opusa, ten nigdy nie wrócił do gołego Workbencha przy kopiowaniu plików. To był ten program, który zmieniał sposób, w jaki w ogóle używało się Amigi. Że wrzucili go do pudełka za sto trzydzieści funtów, mówi mi, że ktoś tam wie, co robi.
Aktualizacje lecą przez AmiSphere, czyli sieciowy system dostarczania łatek i dodatków. Obsługiwane są mysz USB oraz amigowe joysticki, więc stary Competition Pro znajdzie tu robotę. To już nie jest zabawka jednego uruchomienia — to ma być platforma, którą się rozwija.
I teraz szczerze. Purysta powie, że to nie Amiga, bo w środku nie tyka 68k, i co do litery będzie miał rację. Ale dla kogoś, kto chce po prostu odpalić Personal Paint na telewizorze w salonie, nie stawiając na biurku trzydziestoletniej maszyny z rekapowaniem w perspektywie, A600GS ma sens. Nie każdy chce być konserwatorem zabytków. Część z nas chce po prostu pomalować w DPaincie i pójść spać.
Będę szczery — mam słabość do takich urządzeń i jednocześnie im nie ufam. Emulacja na ARM-ie potrafi być świetna albo potrafi się sypać w najmniej oczekiwanym momencie, i dopóki nie postawię A600GS na biurku, traktuję „100% kompatybilności” jak każdą inną obietnicę z pudełka.
Ale kierunek popieram. Tani punkt wejścia dla kogoś, kto o Amidze słyszał od wujka i chce sprawdzić, o co ten cały hałas, jest tej scenie potrzebny bardziej niż kolejny akcelerator za tysiąc euro.
Więc pytanie do was, weteranów: taki sprzęt to brama, przez którą wejdą nowi, czy rozmywanie marki, którą znacie od 1992? Ja skłaniam się ku pierwszemu, ale wiem, że część z was już ostrzy widły.