Pulsar 1972. Zegarek, który godziny nie pokazywał — trzeba było go poprosić
Pół wieku temu pierwszy w pełni elektroniczny zegarek świata miał jedną wadę i jedną zaletę w tym samym miejscu — czerwoną diodę. Kosztował jak samochód. I nosił go Bond.
Wyobraźcie sobie zegarek, który godziny nie pokazuje. Leży na ręce — czarna szklana tafla, gładka i elegancka. I martwa. Chcesz wiedzieć, która jest — musisz go o to poprosić. Wciskasz przycisk, dopiero wtedy zapala się czerwone LED i przez chwilę mrugają cyfry, po czym gasną, żeby nie wyssać baterii do cna. Bo tak właśnie działał Hamilton Pulsar z 1972 roku i nie był to błąd. To była cała koncepcja.
Pulsar to pierwszy na świecie w pełni elektroniczny zegarek cyfrowy. Żadnych trybików, żadnej sprężynki, żadnej wskazówki, która by drgała. Zamiast tego układ scalony i dioda, która świeciła na czerwono jak kontrolka w kokpicie. Zrobił go Hamilton Watch do spółki z firmą Electro/Data, a głównym konstruktorem był Peter Petroff — bułgarski inżynier, który przy okazji pracował dla NASA. I to nie jest ozdobnik do CV. Człowiek liczył rzeczy dla agencji kosmicznej, a potem usiadł i wymyślił, jak zmieścić czas w kawałku krzemu na nadgarstku.
Pierwszy egzemplarz miał kopertę z osiemnastokaratowego złota. Kosztował 2100 dolarów. W 1972 roku. Przeliczając na dzisiejsze pieniądze to jakieś 16 300 dolarów — czyli cena używanego auta, którym spokojnie dojedziesz do pracy przez najbliższych parę lat. Za zegarek, który nie pokazuje godziny, dopóki nie naciśniesz guzika. Ludzie to kupowali. I tu robi się ciekawie.
Bo rok później, w 1973, Pulsar wylądował na nadgarstku kogoś, kto zrobił mu najlepszą reklamę w historii. Roger Moore nosił model P2 2900 jako James Bond w „Żyj i pozwól umrzeć”. Pierwszy cyfrowy zegarek w całej serii o agencie 007. Kto pamięta tę scenę, ten wie, że Bond nie sięgał po Pulsara, żeby sprawdzić godzinę — sięgał, bo to był gadżet z przyszłości na ręce faceta, który tę przyszłość reprezentował. Marketingowo majstersztyk.
I tu wchodzę na cienki lód, bo mam zdanie. Uważam, że Pulsar był droższy, niż powinien, i wolniejszy w obsłudze niż byle bazarowy cyfrowiak dwie dekady później — ale to on ustawił poprzeczkę. Bo czerwone LED miało jedną fundamentalną wadę: żarło baterię tak, że gdyby dioda świeciła bez przerwy, zegarek padłby po paru godzinach. Stąd ten przycisk. Nie kaprys projektanta, tylko konieczność. Dopiero LCD kilka lat później rozwiązało problem, pokazując czas non stop bez płaczu o prąd. Ale wtedy, w 1972, nikt nie miał lepszego pomysłu. I dlatego wybaczam Pulsarowi tę diodę.
W 1975 dołożyli do tego kalkulator. Pulsar Calculator — zegarek, na którym liczyłeś. Malutkie przyciski, jeszcze mniejszy sens praktyczny (spróbujcie wbić dodawanie paznokciem na tafli wielkości znaczka pocztowego), ale kierunek już był wyznaczony. Zegarek przestawał być tylko zegarkiem. Zaczynał być komputerkiem na rękę, dobrą dekadę przed tym, jak Casio zrobiło z tego religię.
A potem, w 1978, markę przejęło Seiko. I to jest ten moment, w którym amerykański pionier przechodzi w japońskie ręce, żeby za chwilę cały rynek cyfrowych zegarków popłynął z Japonii. Ironia? Trochę. Pulsar wymyślił kategorię, a żniwa zebrał kto inny. Ale tak to już bywa z pierwszymi.
I teraz pytanie, bo sam nie mam pewności. Ile oryginalnych Pulsarów z czerwonym LED w ogóle dotrwało do dziś w stanie działającym — nie replik, nie czegoś „w stylu”, tylko prawdziwych, świecących na czerwono dziadów z lat siedemdziesiątych? Podejrzewam, że garstka, i że większość leży pod szkłem w gablotach kolekcjonerów, którzy nie pozwolą ich dotknąć. Trudno mieć o to żal — taki sprzęt bardziej się dziś ogląda, niż nosi.
Mam słabość do sprzętu, który był niepraktyczny, ale odważny. Pulsar jest tego wzorem. Bo dziś każdy smartwatch świeci ci w oczy powiadomieniami, których nie chciałeś, a wtedy trzeba było poprosić urządzenie o jedną, jedyną informację — która godzina. Jest w tym jakaś higiena. Zegarek, który odzywa się tylko wtedy, gdy go o to prosisz, brzmi jak coś, co powinniśmy wynaleźć jeszcze raz.
Stawiam, że gdyby Petroff dożył ery smartwatchy, popukałby się w czoło, patrząc, jak jego pomysł wibruje na rękach milionów ludzi non stop. On chciał, żeby czas był na żądanie. Myśmy z tego zrobili strumień powiadomień. Kto z was wyłączyłby dziś ekran w zegarku i wrócił do modelu „naciśnij, żeby zobaczyć”? Podejrzewam, że las rąk nie będzie gęsty — ale sam bym się zgłosił.