Commodore 64 Ultimate. Znowu ktoś budzi markę, tym razem z sensem
Odrodzone Commodore — tak, znowu ktoś reaktywuje tę markę — pokazuje Commodore 64 Ultimate. FPGA Artix-7 udający chipset „na poziomie krzemu”, trzy edycje od 299 do 499 dolarów i złoty znaczek w tej najdroższej. Firmą steruje youtuber. To nie żart.
Bo markę Commodore odgrzewano już tyle razy, że straciłem rachubę. Padło na nią po drodze wszystko — od tanich pecetów po telefony z logo, które z prawdziwym Commodore miały tyle wspólnego, co ja z rodziną królewską. Więc kiedy słyszę „odrodzone Commodore”, odruchowo sięgam po sól. Tym razem jednak sprawa wygląda inaczej.
Za projektem stoi grupa kierowana przez Christiana Simpsona — w sieci znanego jako „Perifractic”, twarz kanału Retro Recipes. Czyli człowiek ze sceny, youtuber grzebiący w retro, a nie korporacyjny zarządca marki wyciśniętej z licencji. To zmienia mój odruch z „kolejny skok na sentyment” na „dobra, słucham”. Ostrożnie, ale słucham.
Sercem Commodore 64 Ultimate jest FPGA AMD Artix-7. Odtwarza oryginalny chipset — jak zapewniają, „na poziomie krzemu”, z deklarowaną zgodnością na poziomie co najmniej 99 procent. To ważne rozróżnienie. To nie emulator w plastikowym pudełku, tylko układ programowalny, który udaje SID-a i VIC-a na poziomie logiki. Różnica, którą słychać i widać, jeśli spędziłeś przy tej maszynie wystarczająco dużo czasu.
Wersje są trzy i różnią się głównie oprawą. Standard za 299 dolarów to wejście w temat. Starlight za 349 dolarów dorzuca przezroczystą kopertę i mechaniczną klawiaturę z podświetleniem RGB — bo najwyraźniej rok 2025 wymaga, żeby nawet C64 świecił na tęczowo. Founders za 499 dolarów to edycja dla kolekcjonera z grubszym portfelem: bursztynowa obudowa i znaczek z 24-karatowego złota. Złoto. Na Commodore. Pomyślcie o tym przez chwilę.
Wnętrze jest współczesne aż do bólu. 128 MB pamięci DDR2, 16 MB flasha. Wyjście HDMI oraz DVI, porty USB-A i USB-C, cyfrowe audio S/PDIF, Ethernet, Wi-Fi, czytnik microSD. Do tego dwa porty joysticka DB-9 — te prawdziwe, dziewięciopinowe, do których podepniesz starego Competition Pro. Klawiatura jest mechaniczna, ma 66 klawiszy i przełączniki Gateron Pro 3.0. Czyli pod znajomą sylwetką siedzi sprzęt, który częścią złączy nie różni się od nowego peceta.
W pudełku ląduje pendrive 64 GB z ponad pięćdziesięcioma licencjonowanymi grami. Słowo „licencjonowanymi” jest tu istotne — to nie zgrana z sieci paczka ROM-ów, tylko tytuły z papierami w porządku. Wysyłka rusza w październiku 2025. Czyli, jak na crowdfundingowe zwyczaje tej branży, całkiem konkretny termin.
I moja opinia, bo po to tu jesteśmy. Pomysł na FPGA zamiast emulacji kupuję w całości — to jedyna droga, żeby taka maszyna brzmiała i zachowywała się jak oryginał, a nie jak jego programowa podróbka. Znaczek ze złota w edycji Founders już mniej. To zagranie w czysty fetysz kolekcjonerski, i choć rozumiem mechanizm, sam wolałbym te dolary w lepszym zestawie gier. Ale nie jestem targetem edycji za 499 dolarów i doskonale o tym wiem.
Oryginalnego breadbina, którego SID gra tak, że cierpnie kark, na razie nie zastąpi żadne FPGA — kto go słyszał na żywo, ten wie. Ale nie oszukujmy się: kondensatorów w tych maszynach nie da się rekapować w nieskończoność, a nowy sprzęt, który brzmi jak tamten, to polisa na przyszłość.
To, że projektem steruje ktoś ze sceny — youtuber z twarzą i reputacją do stracenia — a nie firma-krzak z licencją, jest dla mnie największym argumentem za. Perifractic ma na tej scenie nazwisko. Firmy-krzaki nie mają nic.
299 dolarów za C64 na Artix-7 kontra oryginał trzymany do ostatniego kondensatora — przy tym akurat sam szczerze się waham, a to przy retro-zabawkach u mnie rzadkość. I może właśnie to wahanie jest najlepszą recenzją, jaką ten sprzęt na razie dostał.