<< wróć do listy
DF0:felieton-casio-g-s
Inne25.01.2025

G-Shock DW-5000C. Ibe rozbił zegarek ojca i zbudował coś, co nie chce się zepsuć

Historia pierwszego G-Shocka zaczyna się od stłuczonego zegarka i gumowej piłki na placu zabaw. Kończy na ponad stu milionach sztuk. Pomiędzy było przeszło dwieście prototypów i jeden uparty inżynier.

Zaczęło się od porażki. Kikuo Ibe, inżynier Casio, dostał od ojca zegarek i go rozbił — upuścił, szkło w drobny mak. Koniec pamiątki. Większość ludzi kupiłaby nowy i zapomniała. Ibe się wkurzył. Bo pomyślał, że zegarek, który tłucze się od jednego upadku, to konstrukcyjna kapitulacja, i postanowił zbudować taki, którego nie da się zabić. Tak, z czystej złości. Najlepsze rzeczy często stąd się biorą.

Postawił sobie cel, który nazwał „triple 10”. Zegarek miał przetrwać upadek z dziesięciu metrów. Miał wytrzymać ciśnienie dziesięciu barów. I miał chodzić na jednej baterii przez dziesięć lat. Trzy dychy, trzy niemożliwości — jak na 1983 rok. Ibe zabrał się do roboty i zbudował ponad dwieście prototypów. Dwieście. Każdy spadał i się tłukł, każdy wracał na biurko jako lekcja, czego jeszcze nie wiadomo.

I tu jest mój ulubiony szczegół całej tej historii. Przełomu nie było w laboratorium ani nad rysunkiem technicznym. Był na placu zabaw. Ibe zobaczył dziecko odbijające gumową piłkę i olśniło go — w środku piłki, w tym pustym gumowym wnętrzu, moduł byłby bezpieczny, bo pływałby w miękkim, zamiast siedzieć sztywno w kopercie. Stąd „pływający moduł” zawieszony w piance. Cała filozofia G-Shocka wzięła się z gapienia na piłkę na podwórku. Kto by pomyślał.

Efekt trafił do sprzedaży w kwietniu 1983 jako DW-5000C, w pełnym oznaczeniu DW-5000C-1B, na module numer 240. Wodoszczelność 200 metrów. Deklarowane dziesięć lat na baterii. Cena na premierę — jakieś 50 dolarów. Za tyle dostawałeś zegarek, który miał prawo przeżyć ciebie. To był ten kanciasty kwadrat, „square”, od którego wszystko się zaczęło.

Cztery lata później, w 1987, wyszedł DW-5600 i to on stał się wzorcem, do którego wszyscy wracają. Bo pierwszy model wytyczył kierunek, ale to on ustawił kanon kształtu, sprzedawany do dziś w tysiącach wariantów. Kto pamięta pierwszego G-Shocka na ręce kolegi z podwórka, ten wie, że ten kwadrat wyglądał jak sprzęt wojskowy między delikatnymi, cieniutkimi zegareczkami tamtych czasów. Był brzydki. Był ciężki. Był fantastyczny.

W Stanach zrobili mu reklamę, która przeszła do legendy. Krążek hokejowy uderzający w zegarek — łup, prosto w tarczę, a zegarek chodzi dalej. Było to tak nieprawdopodobne, że posypały się oskarżenia o oszustwo, że to ustawka, że tam nie ma prawdziwego zegarka. Casio odpowiedziało testami. Zarzuty obalono. Zegarek naprawdę to wytrzymywał, a darmowy rozgłos z afery był wart więcej niż niejedna kampania. Bo nic tak nie sprzedaje, jak ktoś, kto krzyczy „to niemożliwe”, a potem dostaje dowód prosto w twarz.

Cała linia G-Shock przekroczyła sto milionów sztuk. Sto milionów. Od jednego stłuczonego zegarka ojca i jednej piłki na placu zabaw do liczby, której większość marek nigdy nawet nie zobaczy na horyzoncie. I to nie jest sprzęt niszowy — to najzwyklejszy, najbardziej egalitarny zegarek świata, który równie dobrze siedzi na ręce komandosa, co licealisty, który dostał go na urodziny.

W listopadzie 2024 Casio wypuściło wierną rekreację oryginału — DW-5000R. Nie „inspirowaną”, tylko wierną. I tu mam zdanie, może niepopularne. Uważam, że to najuczciwszy rodzaj nostalgii, jaki istnieje. Bo firma nie próbuje ci wcisnąć, że oto coś ulepszyła — mówi wprost, że oryginał był tak dobry, że wystarczy go odtworzyć. Wolę taki ruch od dziesięciu „nowoczesnych reinterpretacji”, które psują to, co działało od 1983 roku.

No i pytanie, na które naprawdę chcę znać odpowiedź. Ilu z was ma jeszcze pierwszego G-Shocka — nie kolejnego, nie nowego, tylko tego pierwszego, który przeszedł przez wf, budowę, wojsko albo pierwszą pracę i nadal chodzi? Bo takich egzemplarzy krąży zaskakująco dużo: pasek dawno pękł, obudowa w rysach, a tarcza pokazuje czas co do sekundy. Pasek pękał. Zegarek nie.

◆ ◆ ◆
Moje trzy grosze

Mam do G-Shocka stosunek, jakiego nie mam do żadnego innego zegarka — czegoś, co nie udaje. On nie jest elegancki i nawet nie próbuje. Jest jak młotek: brzydki, ciężki, robi swoje i przeżyje remont. Ibe chciał zbudować zegarek, którego nie da się zepsuć upadkiem, i po przeszło dwustu prototypach dopiął swego. Szanuję upór bardziej niż talent, bo talent bez uporu kończy na jednym nieudanym prototypie i rezygnacji.

Zastanawiam się nad jednym i zostawiam wam to na koniec. Ile dzisiejszych „inteligentnych” zegarków przetrwa czterdzieści lat i doczeka się wiernej rekreacji na okrągłą rocznicę? Stawiam, że garstka, jeśli w ogóle. Bo bateria pada po dwóch dniach, a wsparcie po dwóch latach. G-Shock chodził na jednej baterii przez dekadę i chodzi do dziś. Kto z was zamieniłby smartwatcha z powrotem na coś, co po prostu działa i nie prosi o ładowarkę co wieczór? Coś mi mówi, że kwadrat wygrałby ten pojedynek w cyklu bez jednego ładowania.

#Casio#G-Shock#DW-5000C#Kikuo Ibe#historia