Nelsonic Game Watch. Grałeś w Mario na zegarku i wmawiałeś sobie, że to ta sama gra
Zanim smartwatch nauczył się liczyć kroki, Nelsonic wsadził na nadgarstek Pac-Mana i Mario. Grafika była umowna, instrukcje bywały zmyślone, a i tak chciałeś to mieć. Ja chciałem.
Kto pamięta ten moment na przerwie, kiedy kolega podwijał rękaw i pokazywał, że na jego zegarku da się grać w Mario? Nie na Game Boyu, nie na pegazusie w domu — na zegarku, tu i teraz, na nadgarstku. To był Nelsonic Game Watch i robił coś, co w latach osiemdziesiątych graniczyło z czarami. Wsadzał gry wideo do zegarka z ekranem LCD. Umowne, płaskie, siermiężne — ale gry.
Firma nazywała się Nelsonic Industries i zaczęła kombinować z tym pomysłem mniej więcej od 1982 roku. Pierwszym głośnym strzałem był Pac-Man Game Watch, gdzieś około tego samego 1982, na licencji Bally/Midway. Był nawet wariant z joystickiem — malutką gałką na kopercie zegarka, którą przesuwałeś żółtą kropkę po labiryncie. Całość opatrzono amerykańskim patentem numer 4 395 134. Tak, ktoś to opatentował. Joystick na zegarku to była własność intelektualna.
Prawdziwa petarda przyszła w 1989, kiedy Nelsonic dorwał licencję Nintendo. I posypało się. Super Mario Bros. w 1989. SMB3 w 1990. Super Mario World w 1991. Donkey Kong w 1994. Do tego Zelda i Tetris. Cały panteon Nintendo na nadgarstku, w czasach, gdy posiadanie czegokolwiek z wąsatym hydraulikiem było walutą na szkolnym korytarzu. Miałeś Mario na ręce — byłeś kimś.
Tyle że sami rozumiecie, jak wyglądało Mario na segmentowym LCD. Rozgrywka była uproszczona do granic — zamiast płynnej animacji miałeś kilka pozycji, w których postać się pojawiała i znikała, a wyobraźnia dorabiała resztę. Ale najlepszy jest inny szczegół. Instrukcje bywały po prostu błędne. W jednej z nich Bowser, którego zna każde dziecko, występował jako „Koopa's Dragon”. Ktoś w Nelsonicu najwyraźniej nie odrobił lekcji z uniwersum Nintendo i wpisał, co mu pasowało. Do dziś się z tego śmieję.
Do Europy to wszystko trafiało z pewnym opóźnieniem i przez pośrednika. Dystrybucją zajmował się brytyjski Zeon, mniej więcej od końca 1992 roku. Czyli zanim któryś z tych zegarków dojechał nad Wisłę w wersji „legalnie i w pudełku”, Game Boy był już na rynku od paru lat. I to jest ważny kontekst, bo Nelsonic nie działał w próżni.
Bo gaming na nadgarstku szedł równolegle do Game Boya, który wyszedł w tym samym 1989 roku, kiedy Nelsonic brał licencję Nintendo. I to był absurdalny pojedynek. Game Boy — prawdziwa konsola z wymiennymi kartridżami, na której grało się w to samo Mario w wersji, która faktycznie wyglądała jak Mario. A zegarek? Na nim Mario był bardziej ideą Maria niż Mariem. Nie ma co udawać, kto wygrał tę bitwę.
I tu wchodzi moja opinia, może niesprawiedliwa. Uważam, że Nelsonic Game Watch był lepszą zabawką niż grą — i to jest komplement. Bo nikt tak naprawdę nie siadał na godziny, żeby przejść Super Mario World na zegarku. To było niemożliwe i chyba nie o to chodziło. Chodziło o to, żeby mieć grę zawsze przy sobie, na ręce, gotową na każdą nudną lekcję. To był pierwszy mobilny gaming w najbardziej dosłownym sensie — przypięty do ciebie. I za to mu wybaczam każdą umowną klatkę animacji.
No i pytanie, które nurtuje od lat. Czy ktokolwiek faktycznie PRZESZEDŁ którąkolwiek z tych gier na zegarku? Nie „pograł chwilę”, tylko doszedł do końca, jeśli ten koniec w ogóle istniał? Bo przy Mario zwykle polegało się gdzieś, gdzie ekran zamieniał się w migającą kaszę segmentów i nie było już wiadomo, czy się skacze, czy umiera. Instrukcja nie pomagała. Może dlatego, że pisał ją ktoś, kto Bowsera nazywał smokiem Koopy.
Mam czułość do sprzętu, który obiecywał więcej, niż potrafił dowieźć — a Nelsonic jest tego mistrzem. Bo on sprzedawał marzenie: całe Nintendo na nadgarstku. Dowoził umowną migającą plamkę, do której trzeba było dorobić resztę głową. I wiecie co? To działało, bo w dzieciństwie wyobraźnia robiła za procesor graficzny. Dziś zegarek renderuje fotorealistyczne tarcze, a nikt się nie cieszy tak, jak my cieszyliśmy się kilkoma segmentami układającymi się w coś, co MOGŁO być Mariem.
Zostaje pytanie, którego sam nie umiem rozstrzygnąć. Co było lepszą pamiątką z tamtej epoki — Game Boy, który robił wszystko porządnie, czy zegarek, który robił wszystko na pół gwizdka, ale nosiło się go na ręce jak trofeum? Stawiam, że wielu z nas ma sentyment do tego gorszego. Bo Game Boy był narzędziem, a Game Watch był magią, w którą trzeba było trochę uwierzyć. I ten „Koopa's Dragon” z błędnej instrukcji pamięta się dłużej niż niejedno prawdziwe przejście.