BOOTBLOCK ROM 40.1 · · zero reklam · RSS · o serwisie
DF0: / Wspominki / felieton-gry-czy-uzytki
SERIA: WSPOMINKI · Wspominki · 29.08.2026

„Gry czy użytki?” Pytanie z giełdy, na które odpowiadałem źle

Handlarz miał na stole dwa pudełka i jedno pytanie. Odpowiadałem „gry”, zawsze, bez zastanowienia — a wszystko, co naprawdę zostało mi z Amigi, wyjąłem z tej drugiej kupki.

autor: Maxczytanie: 8 minpublikacja: 29.08.2026
df0:felieton-gry-czy-ugrafika 300×170
„Gry czy użytki?” Pytanie z giełdy, na które odpowiadałem źle

Retrobajtel wrzucił na Facebooka kawałek wspomnienia z giełdy, a w nim dialog, który wybił mnie z rytmu na dobre pół godziny. „Co dla Ciebie - gry czy użytki?”. I odpowiedź: „Oczywiście, że gry, dziadku!”. Trzy słowa handlarza i jedno dziecięce rozstrzygnięcie.

Ja odpowiadałem tak samo. Za każdym razem.

Bo to nie było pytanie o gust. To był sposób, w jaki sprzedawca decydował, który katalog ci podsunąć — bo miał dwa, oba dostukane na igłówce, oba z wielkim napisem u góry. Po jednej stronie stołu leżały gry, po drugiej reszta. Nie zastanawiałem się nad tą granicą ani przez sekundę, dopóki nie zobaczyłem jej wypisanej w cudzym poście trzydzieści lat później.

Co to były „użytki” na giełdzie komputerowej

Podział był handlowy, nie merytoryczny. Do gier szło wszystko, co odpalało się samo i kończyło napisem końcowym. Do użytków wpadała cała reszta: trackery, edytory grafiki, menedżery plików, języki programowania, programy do prezentacji, DTP. Deluxe Paint, ProTracker, Directory Opus, AMOS, Scala.

Linia była fikcyjna od pierwszego dnia, tylko nikomu przy stole nie opłacało się tego roztrząsać. Moduł napisany w ProTrackerze lądował w grze albo w demie. AMOS był językiem programowania sprzedawanym z myślą o grach — siedziało się w użytku po to, żeby dostać coś z drugiej strony stołu. A Scala, program do prezentacji jak się patrzy, w moich rękach służyła wyłącznie do robienia rzeczy do oglądania.

Zrzut ekranu z amigowego edytora muzycznego Digital Mugician: siatka kanałów, lista sampli i pola z wartościami szesnastkowymi
Typowy „użytek” z drugiej kupki: edytor muzyczny wita gołą siatką kanałów i niczego nie tłumaczy. Na zrzucie Digital Mugician — mój pierwszy tracker przyjechał z giełdy w innej postaci, o tym niżej. Fot. Metin Seven, Wikimedia Commons (CC BY-SA 4.0).

Prawie cały mój łup z katowickiego Atomka pokrywał się co do sztuki z tym, co mówiłem sprzedawcy. Superfrog. Mortal Kombat II. Lotus III. Cannon Fodder. Sensible World of Soccer 95/96. Sama pierwsza kupka, wożona do domu niedziela po niedzieli.

A najlepszą złotówkę życia wydałem na dyskietkę z drugiej kupki — z ProTrackerem, którego wersji do dziś nie umiem podać, i z modułem MOEBIUS.MOD U4ia z Cryptoburners w komplecie. Kupiłem to jako ciekawostkę przy okazji. Ten moduł siedzi w mojej playliście XMPlay do dziś, a Superfroga przeszedłem raz.

Directory Opus na Amidze, czyli religia z dwoma panelami

Directory Opus napisał Australijczyk Jonathan Potter i wypuścił go w styczniu 1990 roku. Czwórka wyszła w 1992, piątka w 1995, Magellan w 1997. Na papierze: menedżer plików z dwoma panelami. W praktyce: skorupa, przez którą amigowiec robił wszystko, bo dawała definiowalne paski narzędzi, własne typy plików i przyciski, którym można było kazać uruchomić dowolną rzecz — u mnie najczęściej skrypt ARexxa.

Wpinałem. Godzinami. Konfigurowanie Opusa było u mnie osobną rozrywką, całkowicie niezależną od tego, do czego ten Opus potem służył — i gdyby handlarz zapytał mnie wtedy uczciwie, na co schodzi mi najwięcej wieczorów, odpowiedź „gry” byłaby po prostu nieprawdziwa.

Zrzut ekranu Directory Opus na Amidze: dwa panele z listami plików, rząd konfigurowalnych przycisków u dołu
Dwa panele i rząd przycisków, pod które podpinało się własne skrypty. GPSoftware wypuściło źródła Directory Opus 4 na GPL w 2000 roku, a Magellana II na licencji AROS Public License w grudniu 2012. Fot. Wikimedia Commons, zrzut aplikacji na GNU GPL.

Podobnie z edytorem szesnastkowym. Otwierałem w nim pliki, których nie miałem otwierać, zmieniałem w nich bajty, których nie rozumiałem, i tłumaczyłem na polski teksty, które ktoś zaszył głęboko w binarce. Użytek czy zabawa? Wynik był użyteczny, proces był grą — i nikt na giełdzie nie miał na to osobnego pudełka.

Dlaczego dzieciak zawsze wybierał gry

Bo gra oddawała od razu. Wsadzasz dyskietkę, patrzysz na ekran tytułowy, po minucie już coś się dzieje. Użytek najpierw brał — czas, cierpliwość, czytanie instrukcji z ksero — a oddawał dopiero po tygodniach, o ile w ogóle. ProTracker witał gołą siatką kanałów i nie zamierzał niczego wyjaśniać. Trudno się dziwić dziesięciolatkowi, że przy takiej ofercie sięgał po Superfroga.

Tyle że gra się kończy. Narzędzie nie.

Gry czy programy użytkowe — co zostało na dłużej

Do IT wszedłem przez tę kupkę, której nie chciałem. Nie przez granie — przez ProTrackera, przez skrypty ARexxa dopinane do Opusa, przez AMOS-a, przez wieczory nad plikiem, który nie chciał się przetłumaczyć. Amiga utorowała mi drogę zawodową i nie zrobiła tego żadnym Mortal Kombatem, choć akurat tę grę ubóstwiałem szczerze i bez ironii.

Ciekawe zresztą, że nośnik trzyma się tej samej reguły co ja: dyskietki z tamtych stołów wciąż się czytają, a niejeden nowszy sposób przechowywania danych już nie.

Handlarz pytał, bo miał dwa katalogi i ograniczony czas. Ja odpowiadałem „gry”, bo miałem dziesięć lat i doskonale wiedziałem, czego chcę. Obaj mieliśmy rację — na tamtą niedzielę. Nie na trzydzieści lat.

EOF / 8 MIN READBOOTBLOCK:/wspominki/felieton-gry-czy-uzytki
<< Dyskietka z 1987 wciąż się czyta. Fizyka…

Komentarze

Czytają wszyscy. Żeby dodać komentarz, zaloguj się — GitHub, Google albo e-mail.