Retrobajtel wrzucił na Facebooka kawałek wspomnienia z giełdy, a w nim dialog, który wybił mnie z rytmu na dobre pół godziny. „Co dla Ciebie - gry czy użytki?”. I odpowiedź: „Oczywiście, że gry, dziadku!”. Trzy słowa handlarza i jedno dziecięce rozstrzygnięcie.
Ja odpowiadałem tak samo. Za każdym razem.
Bo to nie było pytanie o gust. To był sposób, w jaki sprzedawca decydował, który katalog ci podsunąć — bo miał dwa, oba dostukane na igłówce, oba z wielkim napisem u góry. Po jednej stronie stołu leżały gry, po drugiej reszta. Nie zastanawiałem się nad tą granicą ani przez sekundę, dopóki nie zobaczyłem jej wypisanej w cudzym poście trzydzieści lat później.
Co to były „użytki” na giełdzie komputerowej
Podział był handlowy, nie merytoryczny. Do gier szło wszystko, co odpalało się samo i kończyło napisem końcowym. Do użytków wpadała cała reszta: trackery, edytory grafiki, menedżery plików, języki programowania, programy do prezentacji, DTP. Deluxe Paint, ProTracker, Directory Opus, AMOS, Scala.
Linia była fikcyjna od pierwszego dnia, tylko nikomu przy stole nie opłacało się tego roztrząsać. Moduł napisany w ProTrackerze lądował w grze albo w demie. AMOS był językiem programowania sprzedawanym z myślą o grach — siedziało się w użytku po to, żeby dostać coś z drugiej strony stołu. A Scala, program do prezentacji jak się patrzy, w moich rękach służyła wyłącznie do robienia rzeczy do oglądania.

Prawie cały mój łup z katowickiego Atomka pokrywał się co do sztuki z tym, co mówiłem sprzedawcy. Superfrog. Mortal Kombat II. Lotus III. Cannon Fodder. Sensible World of Soccer 95/96. Sama pierwsza kupka, wożona do domu niedziela po niedzieli.
A najlepszą złotówkę życia wydałem na dyskietkę z drugiej kupki — z ProTrackerem, którego wersji do dziś nie umiem podać, i z modułem MOEBIUS.MOD U4ia z Cryptoburners w komplecie. Kupiłem to jako ciekawostkę przy okazji. Ten moduł siedzi w mojej playliście XMPlay do dziś, a Superfroga przeszedłem raz.
Directory Opus na Amidze, czyli religia z dwoma panelami
Directory Opus napisał Australijczyk Jonathan Potter i wypuścił go w styczniu 1990 roku. Czwórka wyszła w 1992, piątka w 1995, Magellan w 1997. Na papierze: menedżer plików z dwoma panelami. W praktyce: skorupa, przez którą amigowiec robił wszystko, bo dawała definiowalne paski narzędzi, własne typy plików i przyciski, którym można było kazać uruchomić dowolną rzecz — u mnie najczęściej skrypt ARexxa.
Wpinałem. Godzinami. Konfigurowanie Opusa było u mnie osobną rozrywką, całkowicie niezależną od tego, do czego ten Opus potem służył — i gdyby handlarz zapytał mnie wtedy uczciwie, na co schodzi mi najwięcej wieczorów, odpowiedź „gry” byłaby po prostu nieprawdziwa.

Podobnie z edytorem szesnastkowym. Otwierałem w nim pliki, których nie miałem otwierać, zmieniałem w nich bajty, których nie rozumiałem, i tłumaczyłem na polski teksty, które ktoś zaszył głęboko w binarce. Użytek czy zabawa? Wynik był użyteczny, proces był grą — i nikt na giełdzie nie miał na to osobnego pudełka.
Dlaczego dzieciak zawsze wybierał gry
Bo gra oddawała od razu. Wsadzasz dyskietkę, patrzysz na ekran tytułowy, po minucie już coś się dzieje. Użytek najpierw brał — czas, cierpliwość, czytanie instrukcji z ksero — a oddawał dopiero po tygodniach, o ile w ogóle. ProTracker witał gołą siatką kanałów i nie zamierzał niczego wyjaśniać. Trudno się dziwić dziesięciolatkowi, że przy takiej ofercie sięgał po Superfroga.
Tyle że gra się kończy. Narzędzie nie.
Gry czy programy użytkowe — co zostało na dłużej
Do IT wszedłem przez tę kupkę, której nie chciałem. Nie przez granie — przez ProTrackera, przez skrypty ARexxa dopinane do Opusa, przez AMOS-a, przez wieczory nad plikiem, który nie chciał się przetłumaczyć. Amiga utorowała mi drogę zawodową i nie zrobiła tego żadnym Mortal Kombatem, choć akurat tę grę ubóstwiałem szczerze i bez ironii.
Ciekawe zresztą, że nośnik trzyma się tej samej reguły co ja: dyskietki z tamtych stołów wciąż się czytają, a niejeden nowszy sposób przechowywania danych już nie.
Handlarz pytał, bo miał dwa katalogi i ograniczony czas. Ja odpowiadałem „gry”, bo miałem dziesięć lat i doskonale wiedziałem, czego chcę. Obaj mieliśmy rację — na tamtą niedzielę. Nie na trzydzieści lat.



