Parking przy katowickim kompleksie kinowym Punkt 44 wygląda jak każdy inny parking. Asfalt, linie, słupki. Nic nie zapowiada, że stoi się w miejscu, do którego w latach dziewięćdziesiątych pielgrzymowało się co niedzielę z kieszonkowym w garści. Bo zanim wylano tu asfalt, stał tutaj Zakładowy Dom Kultury Huty Baildon, zwany „Atomkiem” — a w nim jedna z katowickich giełd komputerowych.
Na ten parking zaprowadził mnie Retrobajtel — katowicki kanał o starych komputerach, grach i elektronice, który w sierpniu wrócił do swojego cyklu „Giełdy komputerowe, sklepy i salony gier w Katowicach”. Formuła jest prosta i piękna: autor wsiada na rower, jedzie pod adres, pod którym kiedyś coś było, i opowiada, co się tam działo. Czasem budynek stoi. Częściej nie.
Pierwszy odcinek odświeżonego cyklu wyszedł 14 sierpnia i już w tytule stawia pytanie, na które nie ma pewnej odpowiedzi: gdzie była pierwsza giełda komputerowa w Katowicach? Tydzień później pojawił się drugi materiał — i tu robi się najciekawiej, bo dwa kolejne odnalezione miejsca wskazali widzowie w komentarzach. Retro mapa Katowic powstaje dokładnie tą metodą, którą kiedyś kompletowało się soft: ktoś coś ma, ktoś coś pamięta, wymiana przy stole.
Gdzie była pierwsza giełda komputerowa w Katowicach?
Wspomnieniowe źródła — z serwisem nostalgia.pl na czele — układają katowicką trasę tak: najpierw Dom Związków Zawodowych przy ulicy Dąbrowskiego, w drugiej połowie lat osiemdziesiątych przeprowadzka na Gliwicką, na końcu wieżowiec DOKP przy alei Roździeńskiego, w którym giełda dokonała żywota. Do każdego z tych budynków na czas giełdy ustawiały się kolejki.

Czy Dąbrowskiego naprawdę była pierwsza — głowy nie dam, a i sam zainteresowany zostawia to pytanie otwarte. Świadkowie na forum atarionline.pl układają kolejność zresztą inaczej: najpierw szkoła podstawowa przy Sokolskiej w soboty, potem Baildon w niedzielne poranki, a Dom Związków dopiero po nim. Retrobajtel dorzuca jeszcze stary dworzec PKP, w którym też handlowano. Tak działa historia mówiona: dopóki ktoś nie przyniesie ogłoszenia z gazety albo biletu wstępu z datą, każda kolejna relacja może przesunąć początek o rok w którąś stronę. I to jest najlepsza część tego cyklu — on nie udaje skończonego.
Giełda komputerowa na Gliwickiej, czyli Atomek
Dom kultury huty Baildon zasługuje na osobny rozdział, bo to o nim Retrobajtel napisał już w 2019 roku wpis na swoim blogu — i od pierwszych zdań widać, że to jego miejsce. Stamtąd wziął się jego pierwszy komputer, ZX Spectrum: ojciec kupił go na giełdzie albo — jak sam ostrożnie wspomina — przynajmniej dostał tam namiar na sprzedawcę. Potem woził stamtąd dyskietki z grami na Amigę, po około 10 zł za nagraną sztukę; przy Rise of the Robots na dziesięciu dyskietkach kieszonkowe kończyło się szybciej niż gra. Jeszcze później płyty-składanki na peceta, po 80–90 zł, z kilkoma grami i spisem wydrukowanym na wkładce. Gdzieś po drodze przystanął przy stoisku, na którym PlayStation kręciło Destruction Derby. A ojcu zginął tam portfel — obok piratów działali też zwyklejsi złodzieje, więc i policja miała po co zaglądać.

Jak wyglądała giełda komputerowa w latach 90.?
Scenografia była wszędzie podobna. Nostalgia.pl opisuje ją tak: przy jednej ścianie rząd Amig, przy drugiej Commodore, dalej Atari i ZX Spectrum, każdy podpięty do małego czarno-białego telewizora albo zielonego monitorka. Sprzedawcy przygotowywali się cały tydzień — nagrywali zestawy gier i dostukiwali na igłówce katalogi z wielkim napisem „NOWOŚCI”. Do tego żelazna zasada epoki, zapamiętana w brzmieniu oryginalnym: „Sprzęt kupuj w sobotę bo jakby coś nie działało zawsze w niedzielę możesz oddać”. Rękojmia w wersji bazarowej — dwadzieścia cztery godziny, ale działała.
Wiem, bo to była moja giełda. Do Atomka jeździłem najczęściej w niedzielę, z rodzicami albo z dziadkami — dla nich spacer z dzieckiem, dla mnie wyprawa po łup. Stoły, szum zasilaczy, dyskietki bez metki albo z naklejkami po trzech poprzednich właścicielach. Wszystko jak z tamtego opisu.
Najlepszą złotówkę życia wydałem właśnie tam. Jedna dyskietka, na niej mój pierwszy ProTracker — której wersji, nie dam głowy, ale na pewno któraś beta — a obok, niby przy okazji, plik MOEBIUS.MOD: „Take a Trip from Me” U4ia z Cryptoburners. Ten moduł ukształtował moje muzyczne jestestwo i nigdzie się nie wybiera — siedzi w playliście XMPlay do dziś. Zresztą po moduły chodziło się na Gliwicką jak do dobrego rzeźnika, na zamówienie: umawiałem się ze sprzedawcą z dwutygodniowym wyprzedzeniem i za dwa tygodnie dyskietki ze świeżymi modułami czekały odłożone.
Stamtąd przyjechał do domu Superfrog, stamtąd Mortal Kombat II, którego ubóstwiałem, stamtąd Lotus III i Cannon Fodder. Stamtąd też moje pierwsze Sensible World of Soccer 95/96 — gra, w której na mistrzostwach Polski trzech grających bytomian zgarnęło kiedyś całe podium. Dalej wszystko szło już klasyczną drogą epoki: X-Copy w domu i przegrywanie zdobyczy kolegom. Mam do dziś pudełko gier na sześćsetkę kupionych wtedy na giełdzie — pisałem o nim niedawno w tekście o umieraniu cyfrowych sklepów — i ta dyskietka, którą ostatnio wsadziłem do stacji, wczytała się za drugim podejściem, po ostukaniu. Trzydzieści lat z okładem na nośniku, któremu mało kto dawał pięć.
Żeby była jasność: samej sześćsetki na giełdzie nie kupiłem. Nówka, ze sklepu w Bytomiu przy Kolejowej 9 — tam też wyszły ze mną oryginalne pudełka: Skaut Kwatermaster i Battlestorm II. Z tej wyprawy wracaliśmy Skodą Favorit dziadka, której w drodze powrotnej wysiadł układ chłodzenia. Amiga dojechała bez szwanku, Skoda na parze. Taki zestaw startowy zapamiętuje się na całe życie.
Dlaczego giełdy komputerowe zniknęły?
Najpierw przyszła ustawa o prawie autorskim z 4 lutego 1994 roku i skończyła erę kopiowania w biały dzień. Giełdy nie umarły od niej od razu — nostalgia.pl wspomina, że pirackie oprogramowanie po prostu schowano pod ladę i sprzedawano pokątnie, stałym klientom, a Retrobajtel pamięta policyjne naloty na piratów jeszcze w epoce pecetów. Potem podgryzły je sklepy komputerowe, a resztę dokończył internet z aukcjami na czele — to już moja diagnoza, nie ustalony fakt, ale trudno mi wskazać lepszego podejrzanego.

Dla skali: warszawska giełda przy Grzybowskiej — nostalgia.pl nazywa ją wprost najsłynniejszą w Polsce — ruszyła wiosną 1986 roku, równo czterdzieści lat temu, jako klub komputerowy. Z czasem objął ją patronatem „Bajtek” i mówiło się na nią po prostu Giełda Bajtka. Katowice miały swoją odpowiedź w Domu Związków Zawodowych. To nie był lokalny folklor, tylko ogólnopolska instytucja. Różniły się jedynie adresy.
Sam klimat zresztą nie zniknął do końca — przeniósł się na imprezy retro. Giełda przy okazji Games & Vintage Days we Wrocławiu to w prostej linii wnuczka tamtych stołów z żelastwem, tyle że dziś płaci się za oryginały.
Retro mapa Katowic — praca zbiorowa
Których miejsc dotyczą dwa nowe odkrycia z drugiego odcinka — nie zdradzę, bo pół godziny materiału obroni się samo. Powiem tyle: oba wskazali widzowie, a hasztagi pod filmem mówią sporo każdemu, kto zna miasto. Tak wygląda dokumentowanie historii, której nikt oficjalnie nie spisał: klatka po klatce, komentarz po komentarzu.
Atomka już nie ma, po innych adresach zostały relacje i kadry z roweru. Ale mapa rośnie z każdym komentarzem — Retrobajtel mówi na to „dorzucić swój bajt” i trudno o lepszą frazę. Ja swój dorzucam tym tekstem. I sam jestem ciekaw, które miejsce wypłynie jako następne.


