Seiko TV Watch. Telewizor na ręce, który potrzebował drugiego pudełka na pasku
W 1982 Seiko wsadziło telewizor do zegarka i trafiło do Księgi Guinnessa. Drobny haczyk: żeby cokolwiek zobaczyć, musiałeś nosić przy pasku drugie urządzenie wielkości walkmana. Bond dał radę.
Był rok 1982 i komuś w Seiko przyszło do głowy, że na nadgarstku brakuje jednej rzeczy — telewizji. Nie zegarka z alarmem. Nie stopera. Telewizora. I tak powstał Seiko TV Watch, pierwszy zegarek z ekranem TV LCD w historii, wpisany do Księgi Guinnessa jako najmniejszy telewizor świata. Brzmi jak szczyt techniki. Do momentu, w którym dowiadujesz się, gdzie mieszkał odbiornik.
Bo sam zegarek pokazywał czas, miał stoper, alarm i kalendarz — normalny, cywilizowany zestaw. Ale obraz z telewizji? To już inna bajka. Odbiornik TV siedział w osobnej skrzynce, którą nosiłeś przy pasku jak walkmana. Do tego kabel. Zegarek na ręce, pudło przy biodrze, przewód między nimi. Chciałeś obejrzeć wiadomości na nadgarstku — wyglądałeś, jakbyś był podłączony do aparatury medycznej.
Ta skrzynka łapała pasma VHF i UHF, a przy okazji radio FM, więc technicznie był to również odbiornik radiowy. Zasilanie: dwie paluszki AA. Wystarczały mniej więcej na pięć godzin oglądania — o ile złapałeś sygnał, bo antena była wpuszczona w kabel od słuchawek. Tak, w kabel. Rozplątywałeś słuchawki nie po to, żeby usłyszeć, tylko żeby w ogóle cokolwiek zobaczyć. Kto projektował ten łańcuch zależności, ten miał poczucie humoru albo termin na wczoraj.
Model nosił oznaczenie T001, w wariantach T001-5019 oraz DXA001 — bo jakże inaczej. Do Stanów trafił w 1984 roku i kosztował 495 dolarów. Za telewizor, którego ekran mieścił się na przegubie i wymagał noszenia drugiego sprzętu przy pasku, żeby działał. Ludzie mimo to płacili. Bo to była przyszłość, a przyszłość zawsze kosztuje więcej, niż jest warta w dniu premiery.
I znowu pojawia się Bond, bo ten sprzęt najwyraźniej przyciągał agenta 007 jak magnes. Seiko TV Watch mignął w „Ośmiorniczce” z 1983 roku, znowu z Rogerem Moore'em na etacie. Kto pamięta tę scenę, ten wie, że w filmie zegarek robił dokładnie to, czego w realnym życiu robić nie chciał — pokazywał obraz od ręki, bez pudła przy pasku i bez plątaniny kabli. Kino. Cudowna, kłamliwa maszyna.
I tu mam opinię, której będę bronił. Uważam, że TV Watch był porażką użytkową i genialnym gestem jednocześnie. Bo nikt przy zdrowych zmysłach nie oglądał na nim meczu — telewizor, którego obraz mieści się na przegubie i potrzebuje skrzynki przy pasku, żeby w ogóle ożyć, to nie jest sprzęt do kibicowania. Ale sam fakt, że Seiko powiedziało „a zróbmy to, bo możemy”, jest wart więcej niż dziesięć rozsądnych, nudnych produktów, które nie ryzykują niczym. Wolę piękne szaleństwo od bezpiecznej przeciętności. I ten zegarek jest tego pomnikiem.
Jest tylko jeden problem, jeśli chcielibyście dziś taki mieć. On już nie działa jako telewizor. Analogowa telewizja została wyłączona lata temu, więc odbiornik łapie dokładnie nic. Zostaje piękny, martwy ekran i skrzynka na baterie, która nie ma już czego szukać w eterze. Dziś TV Watch to obiekt kolekcjonerski — poszukiwany, kultowy i kompletnie bezużyteczny w swojej pierwotnej roli. Coś jak stacjonarny telefon z tarczą. Ładny. Do niczego.
Ciekaw jestem, czy ktoś z was widział go na żywo. Nie na zdjęciu w sieci, tylko naprawdę — z tą skrzynką, z kablem, z całą tą absurdalną ceremonią oglądania. Bo sam zegarek, oderwany od odbiornika, to tylko ładne, kanciaste Seiko z lat osiemdziesiątych. I szczerze — cała magia siedziała w tej niewygodnej skrzynce, którą wszyscy chcieli zgubić.
Mam do tego zegarka słabość, której nie umiem racjonalnie wytłumaczyć. Bo on jest wszystkim, czego dziś unika inżynieria — niewygodny, dzielony na kawałki, energożerny i przekombinowany. A jednocześnie to najczystszy przykład epoki, w której robiło się rzeczy dlatego, że były trudne, a nie dlatego, że miały sens w arkuszu kalkulacyjnym. Seiko chciało wsadzić telewizję na nadgarstek i wsadziło, choćby na pół gwizdka. Szanuję.
Ciekawi mnie jedno i zostawię wam to pod rozwagę. Gdyby Seiko wypuściło TV Watch dwadzieścia lat później, w erze cyfrowej telewizji i porządnych baterii, czy nosilibyśmy dziś telewizory na rękach — czy i tak wybralibyśmy telefon? Stawiam, że telefon by wygrał, bo wygrał ze wszystkim. Ale lubię myśleć o tej równoległej rzeczywistości, w której czekamy na przystanku i oglądamy dziennik na przegubie. Bez kabla od słuchawek udającego antenę.